Zapraszamy do obejżenia filmu z naszgo wyjazdu do Ugandy ;)
środa, 29 maja 2013
środa, 1 maja 2013
Itanda zaliczona!
Są takie rzeki, albo ich fragmenty, które wzbudzają duże emocje. Każdy kajakarz na pewno przeżył w sowim kajakowym życiu moment, kiedy patrząc na rzekę zastanawiał się „czy to dobry pomysł”. Tak też było tym razem, kiedy wspólnie z chłopakami z Finlandii, Jacobem i Tomem patrzyliśmy na Itandę.
Byliśmy już po fajnej sesji na Superhole i po przenosce na Overtime. Overtime to fajny przełom przypominający rzeki górskie, jakie znamy z Europy. Płynie tamtędy dość spora masa wody, ale jest tam dużo kamieni chcących poocierać się, a nawet poobijać mocniej kajaki. Dlatego Tom, Zosia i ja zdecydowaliśmy się przenieść nasze karbonowe łódki poniżej tego odcinka. Finowie i Jacob spłynęli po Overtime i po chwili grupą ruszyliśmy w dół rzeki. Za plecami zostawiliśmy „Dead Dutchman’a”, który jest kolejnym z potężnych przełomów Nilu.
Itanda podobnie, jak ostatnim razem przywitała nas słyszanym z daleka szumem ogromnej masy spienionej wody. Przez jakieś 20 minut dreptaliśmy wzdłuż brzegu głośno myśląc i zastanawiając się, jak by to tu… a może tędy, albo tamtędy… W końcu Jacob zadał wszystkim pytanie. „Kto płynie ze mną?” Popatrzyliśmy na siebie i po chwili Aapo stwierdził, że robił już w życiu równie głupie rzeczy, ale na tą nie ma ochoty :). Reszta Finów jeszcze przez chwilę się wahała, ale ostatecznie zrezygnowali. Wtedy Aapo spojrzał na mnie i zapytał: ‘’Tomasz może ty powinieneś spróbować’’? Bez namysłu odpowiedziałem „Dobra, czemu nie”. Wtedy już nie było odwrotu.
Zeszliśmy z Jacobem na wodę i jakieś 15 minut czekaliśmy, aż reszta ekipy stanie z asekuracją w miejscach, gdzie można było w ogóle o niej pomyśleć. Gdy nadszedł czas przepłynęliśmy na drugą stronę wyspy i na moment zatrzymaliśmy się w ostatniej cofce. Życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia i ruszyliśmy. Jacob popłynął przodem, policzyłem do 5 i ruszyłem za nim…
To, co zobaczyłem z mojej perspektywy przerosło moje oczekiwania. Co prawda było widać z brzegu, że odwoje takie jak „Kuban”, czy „X Rey’’ są duże i niebezpieczne, ale z mojej perspektywy wydały się być po prostu ogromne. Optymalna droga płynięcia wymagała bardzo mocnego wiosłowania. Nieraz musieliśmy przepłynąć bardzo blisko jednego wielkiego odwoju, żeby uniknąć kontaktu z następnym równie ciekawym i pewnie mało gościnnym. Mniej więcej w połowie odcinka nadal trzymaliśmy się z Jacobem blisko siebie. Potem okazało się, że jestem troszkę za bardzo z lewej strony i na krótki moment znalazłem się w rogu „Kuban’a”. Wtedy straciłem z oczy Jacoba, który popłynął dalej. Gdy wypłynąłem z odwoju zobaczyłem go i ruszyłem w dół rzeki. Nagle zdałem sobie sprawę, że Jacob jest za bardzo z prawej i że tam czai się na niego odwój „Bad Place”. Płynąc w dół udało mi się wskoczyć na fale, która przeniosła mnie bardziej na lewą stronę. Gdy przebiłem się przez drugą fale zobaczyłem Jacoba na chwilę przed wpadnięciem w lewy róg odwoju. Nagle zniknął gdzieś w pianie i dopiero kiedy minąłem „Bad Place” Jacob wynurzył się i wstał eskimoską. To było jakieś 10 metrów niżej! Chwilę potem była już tylko radość i okrzyki, których nie będę cytował :)
Spłynięcie Itandy było mega przeżyciem. Na pewno kiedy wrócimy do Ugandy będę chciał ją spłynąć jeszcze raz :)
Pozdrawiam
piątek, 5 kwietnia 2013
Nil przedstawia
Po blisko dwóch tygodniach pływania po samych falach zapragnęliśmy z Zosią spróbować swoich sił na dużej wodzie. Na pierwsze nasze pływanie po przełomach Nilu zabrał nas poznany na miejscu Jonas z Niemiec. Od razu się polubiliśmy, ponieważ tak jak my niezłą zajawkę na punkcie kajaków.Po lunchu zamówiliśmy 3 boda-boda, co oznacza taksiarzy wożących swoich klientów na motocyklach i zaczęliśmy przygotowywać się do naszego pierwszego spływu Nilem. Kiedy już byliśmy spakowani, przepłynęliśmy z wyspy na ląd, gdzie zamiast 3 boda boda czekało ich więcej… No ale tak to bywa, że gdy Muzungu (biali) zamawiają body. Nie obyło się bez negocjacji. Podobnie jak zeszłym razem, kiedy wybieraliśmy się do Jinji teraz też musieliśmy 15 minut negocjować cenę. Oczywiście i tak miejscowi zarobili na nas więcej niż na zwykłych klientach, ale z 25 000 szylingów zeszliśmy do 15 000 za osobę, co w przeliczeniu daje jakieś 5,5 dolara. Po zakończeniu negocjacji boda-drajwerzy przywiązali nasze kajaki do jednego z motocykli, Zosia i ja wsiedliśmy na drugi motor, a Jonas ze swoim kajakiem na trzeci. Wyruszyliśmy w drogę.
Po ponad półgodzinnej jeździe dojechaliśmy do miejsca znanego wśród kajakarzy jako Superhole, gdzie zeszliśmy na wodę. Jeszcze tylko kilka minut wiosłowania i spłynęliśmy pierwszy z przełomów Nilu, na którym znajduje się odwój o wspomnianej już nazwie. Po pierwszym wejściu już wiedzieliśmy, że nie jest on taki „super”, bo przy tym poziomie wody był raczej szemrzącą, słaba falką niż odwojem. Nie przeszkodziło to nam jednak w dobrej zabawie. Zosia, Jonas i Ja polataliśmy trochę robiąc Loop’y i Space Godzille. Zrobiłem też kilka Mc Nasty i Phoenix Monkey, po czym wyruszyliśmy dalej w drogę w kierunku Itandy.
Itanda jest jednym z najpiękniejszych i najtrudniejszych przełomów Nilu. Długo chodziliśmy po brzegu i oglądaliśmy ten monstrualny odcinek. W pierwszym momencie wydał mi się straszny i bardzo niebezpieczny. Przelewa się tam wielka masa wody i tworzą się kolosalne odwoje, w których jak na moje oko woda wracała z 6-7 metrów w poziomie… Między nimi, bardzo blisko wiedzie optymalna droga płynięcia. Na samą myśl spotkania z najgorszym z odwojów o imieniu „Kuban” przeszedł mnie dreszcz. Całą sekcję kończy „Bad place”, którego nazwa jest adekwatna do tego, jak wygląda i co może zrobić z kajakarzem, który tam wpadnie.
Jonas opowiedział nam jak spłynął Itandę. Za pierwszym razem nie widział obok czego przepływa, a za drugim żałował że widzi. Pokazał nam swoją drogę płynięcia i powiedział, że więcej tego nie zrobi, że dwa razy to dla niego w zupełności wystarczająca ilość spłynięć. Po jego opowieści stwierdziliśmy, że Itanada może poczekać. Przenieśliśmy nasze kajaki poniżej i popłynęliśmy dalej ku łatwiejszym przełomom Nilu, gdzie czekały na nas wysokie fale. Na niektórych z nich zagościliśmy na nieco dłużej niż jeden surf, a na innych bawiliśmy się robiąc figury freeride’owe, takie jak Kick Fip, czy Macho Move.
Po paru godzinach wiosłowania i dobrej zabawy na moment spojrzeliśmy na brzegi tej pięknej rzeki, którą spływaliśmy i z lekkim przygnębieniem przyglądaliśmy się dziełu miejscowych. Brzegi Nilu w tym miejscu były niemalże kompletnie pozbawione naturalnej roślinności. Podobno jeszcze 2-3 lata temu rósł tutaj las deszczowy, wiecznie zielona dżungla, a teraz widać tylko poletka kukurydzy i czerwoną ziemię. Jonas pokazał nam nietknięte przez ludzi małe wysepki na rzece, na których roślinność stanowi namiastkę tego co do niedawna można było zobaczyć po obu brzegach rzeki.
***
Nil za Superhole’m, po przypominającym jezioro odcinku rzeki rozdziela się na trzy części. Wcześniej już wspomnianą Itandę oraz Hypoxię i Kalagalę. Dwa dni po pierwszym spłynięciu rzeki i lekkim niedosycie, postanowiliśmy na nią wrócić. Tym razem płynęliśmy od Kalagali, a nasza ekipa powiększyła się o jedną osobę – Tom’a z Austrii.
Spakowaliśmy sprzęt przed śniadaniem, żeby móc wyruszyć w drogę zaraz po nim. Około 9:30 udało nam się pomyślnie zakończyć negocjacje z boda-boda taksiarzami i wyruszyć. Gdy dojechaliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się fajny uskok z dużą ilością przepływającej wody i silnym odwojem na niemal całej długości.
Pierwszy Kalagalę spłynął Tom, który pokazał nam drogę płynięcia. Tak jak przypuszczaliśmy trzeba było trzymać się blisko prawej strony by uniknąć spotkania z bardzo silnym odwojem. Ja stałem na zabezpieczeniu z rzutkami poniżej uskoku, a Zosia z Jonasem filmowali i robili zdjęcia na wysokości krawędzi slapu. Tom poradził sobie bardzo dobrze i nie spędził zbyt wiele czasu pod wodą. Drugi spłynął Jonas, po którym przyszedł czas na Zosię. Tom i Jonas stali na krawędzi uskoku, a ja dalej czekałem z rzutkami poniżej. Gdy zobaczyłem Zosię na krawędzi slapu wszystko wydawało się być w porządku. Pewnie wiosłowała i trzymała się linii płynięcia, czyli mocno po prawej stronie. To ważne by spływać Kalagalę w tym miejscu, ponieważ pójście środkiem, czy całkiem lewa stroną może skończyć się bardzo źle. Zaraz po przepłynięciu krawędzi uskoku Zosia zniknęła na krótki moment w pianie, po czym wstała eskimoską ale z dwoma częściami wiosła w rękach i załapała się do cofki po prawej, z której nie dało się przepłynąć na drugą stronę bez spłynięcia przez kolejne bystrze. Okazało się, że wiosło pękło przy uderzeniu o wodę podczas spływania Kalagali. Odbyliśmy krótką naradę z Jonasem, który po chwili wypłynął do Zosi by podać jej drugie wiosło. Zajęło to dłuższą chwilę ale ostatecznie Zosia z Jonasem spłynęli 3 cofki niżej. Gdy oboje zameldowali się z powrotem obok Kalagali przyszedł czas na mnie.
Po krótkiej rozgrzewce powyżej slapu wypłynąłem mocno na prawą stronę i spłynąłem Kalagalę. Zniknąłem na trochę dłuższą chwilę pod wodą niż pozostali ….:P Po jakiś 3-4 sekundach i 7 metrach przepłyniętych pod wodą wynurzyłem się i wstałem eskimoską.Po moim spłynięciu Jonas z Tomem nareperowali złamane wiosło drewnianym kołkiem i kawałkiem izolepy i wyruszyliśmy dalej. Obejrzeliśmy od dołu Hypoxię, spłynęliśmy po znanych już nam z wcześniejszego spływu falkach i wyruszyliśmy w stronę Hairy Lemnon gdzie pomimo 2 godzinnego spóźnienia czekało na nas spaghetti :). Oboje z Zosią byliśmy zmęczeni po pełnym wrażeń dniu spędzonym na rzece. Czułem jednak lekki niedosyt, więc popłynąłem poćwiczyć na Nile Special, gdzie byli już Finowie i Tom z Jonasem. Fala tego dnia była daleka od ideału, ale pomimo tego udało się nam fajnie polatać. Zrobiłem kilka fajnych, wysokich Pan Am’ów przodem i tyłem oraz parę wysokich Air Screw. Zachodzące słońce dodało trochę kolorów ostatniemu kajakowemu wieczorowi Jonasa, który następnego dnia musiał już wracać do Niemiec.
Pomimo zmęczenia bardzo chciało nam się pływać i myślę, że po obejrzeniu zdjęć od Toma zrozumiecie o co chodziło.
Do zobaczenia
Tomek i Zosia
foto Tom Zach
foto Tom Zach
foto Tom Zach
foto Jonas Yunus
foto Jonas Yunus
foto Jonas Yunus
foto Jonas Yunus
foto Jonas Yunus
foto Jonas Yunus
foto Jonas Yunus
wtorek, 2 kwietnia 2013
Podróż do Jinji
Jinja jest drugim albo trzecim największym miastem w Ugandzie. Znajduję się około 40 km od naszej wyspy. W dzień wolny od pływania postanowiliśmy się do niej wybrać. Razem z nami zdecydował się jechać Aapo, przesympatyczny kajakarz z Finlandii. Mieliśmy dwie opcje podróży. Pierwsza bardziej kosztowna i prostsza - zamówić zwykłą taksówkę. Druga, zamówić boda-boda do Nazygo i wsiąść do matatu jadącego do Jinji.
Wybraliśmy tańszy i o wiele ciekawszy wariant. Po śniadaniu zamówiliśmy boda-boda, spakowaliśmy się i opuściliśmy wyspę łódką. Na brzegu czekało już na nas kilka boda-boda, a prościej mówiąc motorowych taksówek. Przyjechało ich troszkę więcej niż zamówiliśmy i trzech panów toczyło zażartą dyskusję, z którym z nich pojedzie Tomek.
Negocjację cen wziął na siebie Aapo, jak to bywa w Ugandzie trwało to dość długo. W końcu stanęło na 4 000 szylingów ugandyjskich za osobę, nie jest to dużo, ale i tak jest to „muzungu price”. Czyli cena dla „białych”, oczywiście wyższa niż dla miejscowych. Gdy już wszystko zostało uzgodnione , wsiedliśmy na motory i ruszyliśmy w stronę Nazigo.
Jazda do Nazigo była bardzo ciekawa, w nocy padło, więc na drodze było trochę ślisko. Tomek ze swoim kierowcą zaliczyli dwa lekkie poślizgi. Z wyspy do Nazigo na drodze nie ma asfaltu, jest tylko ugniecione błoto z mnóstwem dziur. Jechaliśmy slalomem między nimi, a na bardziej równych kawałkach kierowcy przyśpieszali i znów mocno hamowali przed dziurami.
Przyszedł czas na przesiadkę w matatu, czyli mały zatłoczony busik, który miał nas zabrać do Jinji. Na drodze nie było widocznych przystanków, zatrzymywaliśmy się tam gdzie byli klienci. Nie było też ograniczenia miejsc w środku, gdy pojawiała się nowa osoba, pozostali lekko przesuwali się, siedząc po dwie osoby na jednym miejscu.
W Jiniji najbardziej znaną ulica jest Main Street. Na niej właśnie znajduje się najwięcej restauracji, kafejek, straganów i sklepów. Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od kawy z ciastkiem w Source of the Nile Coffe. Miejscowa kawa okazała się znakomita, obiecaliśmy sobie, że troszkę jej zabierzemy ze sobą do Polski. Gdy już pobuszowaliśmy po intrenecie i zjedliśmy lunch, poszliśmy przejść się po mieście.
Idąc po Jinji, na każdym rogu można spotkać kierowców boda-boda, zagadujących czy nas gdzieś nie zabrać. W mieście jest strasznie gorąco i unosi się pomarańczowy pył. Wszędzie pełno jest straganów i sklepów. Na naszej drodze napotkaliśmy targ. Było tam dosłownie wszystko. Owoce, fasole, mięso, ryby, ubrania, narzędzia, a nawet smażone robaki. W dziale z ubraniami panie na bieżąco coś szyły. Dzieci kręciły się dookoła z nudów. Na kilku straganach sprzedawcy spali oczekując na klientów. Kiedy postanowiliśmy już wracać, poszliśmy w miejsce gdzie wysiedliśmy z matatu. Okazało się, że musimy pójść na parking dla taksówek. Pytając o drogę, dotarliśmy na miejsce. Był to wielki plac z dziesiątkami matatu. Znaleźliśmy odjeżdżający w stronę Nazygo i wsiedliśmy. Czekając na odjazd dookoła przewijało się mnóstwo osób, większość z nich podchodziła do busów proponując napoje, ciastka, zegarki, bądź różne inne dziwne rzeczy.
Jinja nie okazała się zbyt duża, jest tam strasznie brudno, ale warto było obejrzeć zupełnie inną kulturę. Najzabawniejsze jest to, że z całej podróży najbardziej podobała nam się jazda boda-boda.
Pozdrawiam
Zosia z Tomkiem
zdjęcie: Aapo Halonen
zdjęcie: Aapo Halonen
piątek, 29 marca 2013
3 ugandyjskie browary
W okolicy sprzedają trzy najbardziej znane browary w Ugandzie: Nile Special, Bell i Club. Na naszej wyspie można kupić dwa z nich pierwszy i trzeci. Nil Special jest trochę mocniejszy, Club jest bardziej delikatny. Oba są bardzo dobre, ale mi bardziej do gustu przypadł smak pierwszego. Tak samo ma się sprawa z falami powyżej naszej wyspy. Są trzy fale. Pierwsza - Nile Special, moja ulubiona, działa przy dużej wodzie , jest szybka i wysoko wybija. Trzecia Club wave działa przy niskim stanie wody i trudniej z niej wypaść . Między nimi jest fala Bell. Nie wiemy kiedy jest idealna. Jak jest niski poziom wody robi się z niej coś przypominającego przerażający odwój, a gdy jest wysoki fala słabo trzyma.
Na wyspie czas płynie powoli. O 8:30 dzień rozpoczyna się śniadaniem. Codziennie stół zastawiony jest świeżymi owocami – bananami, arbuzami i ananasami. Owoce te dostępne są także u nas, ale w tym miejscu mają dużo lepszy, słodszy smak. Do tego podawane są tosty, podpiekane na grillu i jajka. Czasem pojawia się też bekon. Bywa, że przy śniadaniu odwiedza nas grupka małp. Skaczą wesoło z drzewa na drzewo. Czasem któraś spadnie. Rozgląda się wtedy z głupkowatym wyrazem twarzy i po chwili wspina się z powrotem na drzewo.
Po śniadaniu idziemy pływać. Rano jest niższy poziom wody i wtedy można potrenować na Club wave, która tak jak i reszta fal znajduje się powyżej wyspy. Aby się tam dostać trzeba około 10 minut wiosłować pod prąd. Przy brzegach rzeki nurt nie jest zbyt mocny i miejscami tworzą się cofki, więc nie jest to zbyt wielki wysiłek. Płynąc po drodze można spotkać ogromne warany, różne jaszczurki i ptaki. Kaczko-podobne nurkujące, dziwaczne z szyją przypominającą ogon małpy i wielkie czarne mające coś w sobie z czapli. Czasem na niebie pojawiają się też orły.
O pierwszej w południe podawany jest obiad. Ryż, makaron, ziemniaki, fasola, sosy z mięsem, z warzywami i sałatka. Codziennie coś innego i codziennie znakomite. Po zjedzeniu mamy czas na zrelaksowanie się, wtedy właśnie stopniowo podnosi się woda. Gdy już osiągnie wystarczającą wysokość, bierzemy linę i znów płyniemy w górę rzeki. Linę? Tak, bierzemy linę, mocujemy ją powyżej fali. Jedna osoba z ekipy kajakarzy lub miejscowe dziecko podaje końcówkę liny kajakarzowi w cofce. W tym momencie zaczyna się zabawa, trzeba się przepromować na falę. Niektórym wychodzi to bez problemu, ale takim mniej silnym istotkom jak ja nie jest łatwo :) W cofce woda szaleńczo pulsuje w górę i w dół, miota czekającymi kajakarzami na wszystkie strony. Problem polega na odpowiednim ustawieniu kajaka przy wejściu na nurt, jeśli woda nie obróci kajaka jest już z górki. Wystarczy tylko jedną ręką trzymać linę, drugą wiosło i utrzymywać przechył na prawą stronę. Gdy już jesteśmy „w środku” mamy możliwość naprawdę wysoko poskakać. Nile Special jest dużą falą z długą dolinką, co ułatwia wykonywanie powietrznych figur (takich jak pan am i air screw). Na brzegu zwykle towarzyszy nam grupka młodych chłopaków. Kąpią się, bawią i obserwują jak pływamy. Raz zrobili nam koncert. Przyszli z pustymi baniakami, uderzając w nie patykami śpiewali jakieś ugandyjskie piosenki. Przychodzą też miejscowi zrobić pranie w rzece, bądź napoić bydło. Trzeba wtedy uważać, żeby zwierzaki nie staranowały leżących na brzegu kajaków. Gdy się ściemnia wracamy na wyspę. Szybko przebieramy się w długie ciuchy i psikamy antykomarowymi preparatami, ponieważ po zmierzchu zaczyna się pora malarycznych komarów.
Dzień kończy się kolacją, zdjęciami i dobrym ugandyjskim piwem.
Zdrówko!
Zosia z Tomkiem
P.S. Oczywiście nie codziennie pływamy na falach, ale o tym następnym razem ;)
zdjęcie: Jonas
zdjęcie: Jonas
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)


